Krótka historia renowacji starej lodówki - czyli co mozna zrobic z wiekowym sprzetem agd.
Zakładki:
RSS
piątek, 18 sierpnia 2006
Chwila wytchnienia ...
Wrocilem z urlopu. Stanalem w martwym punkcie przedwsiewziecia. Zaprzestaje remontu do momentu zebrania odpowiedniej ilosci srodkow. (Wszystko wydalem podczas urlopu) Co za tym idzie zawieszam chwilowo dzialalnosc bloga. Mam nadzieje ze wszystko wkrotce wroci do normy. Do przeczytania.
22:55, stara_lodowka
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 25 lipca 2006
dziewiaty, dziesiaty, jedenasty, dwunasty dzien remontu ...
Dziweiaty dzien remontu - szlifuje. Dziesiaty dzien remontu - szlifuje. Jedenasty dzien remontu - szlifuje. Moje zycie upodabnia sie do piosenki Niebiesko - Czarnych. Parafrazujac jej tekst powiem: w poniedzialek ja nie moge bo mam szlifowanie a we wtorek... i tak przez kolejne zwrotki tylko czy aby na pewno niedziela bedzie dla nas? I tak mijaja dni. Takie monotonne szlifowanie zabija cala kreatywnosc. Podobnie jak praca od 8 do 16. Na szczescie u nas pracuje sie od 8 do zwyciestwa. I taka zabita kreatywnosc uniemozliwia tworcze pisanie krotkich opowiadan o szlifowaniu. I tu chyba zatoczylem kolo. Szlifowanie zaczelo zagrazac kontynuacji opowiesci o renowacji lodowki. Nalezalo z tym skonczyc. Nadszedl dwunasty dzien remontu. Troche poszlifowalem. Z radioodbiornika plynal kobiecy glos, ktory sipewal: "kiedy powiem sobie dosc a ja wiem ze to juz niedlugo". To byl sygnal. Koniec, dosc, wystarczy. Nie bede juz szlifowal. Jednak prace musza postepowac dalej. Elementow, ktore czekaly na przywrocienie im dawnego blasku pozostalo bez liku. Moze kiedys ponownie wstapi we mnie pasja szlifowania. Nalezalo zrobic cos innego. Cos dla relaksu. W radio glos pewnej kobiety wypowiadal parapsychologiczne frazesy o pozytku plynacym z odpoczynku. Prezenterka ta podczas innej audycji nadawanej w nocy z niedzieli na poniedzialek potrafi przyprawic czlowieka o bezsennosc. Wezmy gleboki oddech i powrocmy do wlasciwej opowiesci. Dla relaksu, za rada parapsychologicznej audycji, zabralem sie za test nowego srodka chemicznego do usuwania powlok lakierniczych. Jak juz wielokrotnie pisalem dobrze jest pracowac w firmie chemicznej. Birzemy puszke srodka w areozolu. Rozpryskujemy na powierzchni. Czyli na drzwiach od lodowki. I czekamy. (Mozemy pojsc do sklepu np. po szpachelke albo wyjasc na papierosa tylko w odpowiedniej odleglosci bo srodek latwopalny) Zapominalem napisac o srodkach bezpieczenstwa. Oczywiscie zgodnie z przepisami BHP mamy na sobie ubranie robocze, okulary ochronne, rekawiczki lateksowe i maske z filtrem powietrza. (A temperatura na zewnatrz przekracza 30 stopni) Czynnosc ta wykonujemy w dobrze wentylowanym pomieszczeniu. Mimo wszystkich tych zabezpieczen podspiewujemy wesolo, swiat staje sie piekny a my jestesmy dla wszystkich mili. To efekt uboczny wdychania rozpuszczalnika. Niestety blogostan opuszcza nas okolo godziny 16 i zegnajac sie zostawia nam na pamiatke straszny bol glowy. Nic to. Wracamy ze sklepu badz papierosa i ogladamy efekty. Fiu fiu - powiedzial cwirek. Cala powloka lakiernicza speczniala i da sie usunac za pomoca czysciwa bawelnianego (szmata) lub szpachelki. Mysle sobie potega chemii. Jak to potrafi ulatwic czlowiekowi zycie. Jednak to nie moglo byc takie piekne. Przygladam sie dokladnie powloce i stwierdzam ze jest lekko pordzewiala. Wypadaloby ja troche przeszlifowac. I tak oto sytuacja sie zapetla. To jest dopiero tragizm.
22:53, stara_lodowka
Link Komentarze (1) »
piątek, 21 lipca 2006
osmy dzien remontu ...
Pochlonelo mnie szlifowanie. Hipnotyczne monotonne ruchy i znikajace pod papierem sciernym czarne ogniska rdzy. W powietrzu unosza sie opilki metalu. Na wargach zelazisty posmak. To jest to. Moglbym to robic (i robie) godzinami. Zatracilem sie w tym bez reszty. Wydaje mi sie ze powoli uzalezniam sie od tej czynnosci. Pewnego dnia z przekrwionymi oczami, blady z drzacymi rekami ujme w dlonie fragment papieru scierngo i jakis metalowy przedmiot i odplyne. Nirwana. Przezyje istny szlifierski khatarsis. Zycie bez szlifowania wyda mi sie bez sensowne. Swiat stanie sie pusty. Aby mu nadac odrobine koloru i zycia bede musial szlifowac. Boje sie tego a zarazem przyciaga mnie jak magnes. A moze to jest tak jak w greckiej tragedii. Wszechobecne fatum. Jestem skazany na szlifowanie tak jak pewien rezyser powinien byc skazany za blusa. Konczac ten deliryczno narkotyczny belkot. Jest jakas nadzieja nie zabieram juz pracy ze soba do domu. Zreszta dlugie zimne letnie wieczory wypelnia mi mysl o kolejnym projekcie. Ale o tym kiedys i wiecej.

ps. chyba sie wezme za cos innego bo tego szlifowania to jeszcze mnostwo zostalo. Tyle zeby wystarczylo do zanudzenia czzytelnikow. Smutna koniecznosc przy renowacji.


22:38, stara_lodowka
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 18 lipca 2006
Jaks to sie stalo ... ciag dalszy ciagu dalszego dalszego ciagu
Opowiesc urwala sie w momencie kiedy wydawalo mi sie za znalazlem dobry sposob aby sklonic pana prezesa do wspolnej podrozy. W teorii metoda ta miala bardzo wysokie prawdopodobienstwo pozytywnego sprawdzenia. Jednak podobno teoria teoria a praktyka chodzi wlasnymi drogami. Moze tym razem przydazy sie wyjatek potwierdzajacy regule. Zakonczmy wiec przynudnawy wstep i wrocmy do opowiesci.

Pomysl byl dobry. Odwolac sie do uczuc rodzinnych chlebodawcy. Wszak prawie kazdy ma jakas rodzine. Lub chcialby ja miec. Szegolnie ostatnio takie checi sa premiowane. Oczywiscie rodziny sie nie wybiera. Zatem uczucia rodzinne moga byc rozne. Dlatego trzeba skorzystac z takiego czlonka rodziny, ktory statystycznie wywoluje najmniej negatywnych reakcji. Padlo na babcie. Dobrotliwa staruszka. Przeciez dla takiej kazdy zrobil by wszystko. Sterotypowa babcia to jest to czego mi bylo potrzeba. Drogi czytelniku oczywiscie ze nie wykorzystalem starszej osoby jako konia trojanskiego zeby dostac sie do prezesowskiego samochodu. A przynajmniej nie doslownie. Plan gotowy. Teraz trzeba go tylko zrealizowac. Tylko? To chyba nie bedzie takie proste. Najpierw trzeba doprowadzic do jakiego kontaktu z prezesem. Zagadnac jakos w odpowiedniej chwili. Na szczescie chlebodawca mi dopomogl. Przyszedl nadzorowac zaladunek probek do samochodu. Nie wynika to z jego braku zaufania do mnie. On poprostu kocha swoj samochod i poswieca mu wiele uwagi. Szczegolnie ze jest to auto plasujace sie w czolowce  na liscie najbardziej kradzionych. Takie az nadto wymagaja zwiekszonej uwagi. Poza tym podobno rozmowa pracownika ustawionego nisko w herarchii firmy z kims ze szczytu tejze motywuje i dowartosciowuje. Kogo?. Dogodny moment do rozmowy. A gdziez to pan prezes sie wybiera? O na Dolny Slask. To daleko. Bedzie nam pana brakowalo. Szczegolnie nam. Bo Ci z biura to tak za panem nie tesknia jak my. Pan jest dla nas jak ojciec. Nie nie nie az tak uroczo nie bylo. Krotka rozmowa o kierunku wyjazdu. I to byl wlasnie ten moment. Teraz albo nigdy. Z tarcza albo na tarczy. Wie pan prezes ja tam mialem babcie. Zmarla niedawno staruszka. Swiec panie nad jej dusza. (Babcia by mi tego nie wybaczyla, usmiercic ja tak na potrzeby jakiegos zamilowania do lodowki Na szczescie jeszcze nie posluguje sie internetem.) Bo wie pan ona to zza Buga pochodzila i ja Ci sowieci tam do tych Niemiec przesiedlili. Ona tam jakis dom dostala. Stoi pusty bez opieki. Teraz to nie ma jak nawet tych jej rzeczy przewiezc. Tyle tego ze trzeba by kilka transportow wziasc. Tak sobie myslalem zeby chociaz te najcenniejsze zabrac zeby nie ukradli. Wie pan jakie teraz zlodziejstwo. Cudzego nie uszanuja. Oczywiscie ze wie. Wkoncu to nie jest jego pierwszy samochod z listy najbardziej. kradzionych. Tak sobie pomyslalem ze skoro pan prezes jedzie w te strony to moze bym wzial dzien (i tu duze uwypuklenie i podkreslenie) bezplatnego urlopu i skorzystal z takiej okazji. Probki rozladuje i zaniose zeby pan przypadkiem na wazne rozmowy nie poszedl ubrudzony i wogole bede pomocny. (To chyba nie byl dobry argument. Pan prezes jest z tych co zadnej pracy sie nie boja i nieraz mi pomagal przy zaladunku nie patrzac na straty w ubraniu. Ale tonacy brzytwy sie chwyta) I co pan na to? Moglbym pojechac?

Czy sie zgodzi? Jak bedzie wygladac podroz? Czy przenikliwy prezes odkryje podstep? Tego wszystkiego dowiecie sie w nastepnym odcinku.
19:48, stara_lodowka
Link Komentarze (1) »
Dzien bez remontu jest dniem straconym?
Ach ten cudowny siodmy grzech glowny. Ciekawe dlaczego mialoby to byc przewinienie. Gdzies kiedys przeczytalem ze to jest naturalne. Taki powstaly w trakcie ewolucji mechanizm obronny. Nie robmy nic to nie przydarzy sie nic zlego. Wpisanie go na liste grzechow to zapewne spisek zatwardzialych kreacjonistow (spiski, kliki i uklady sa ostatnio w modzie wiec dlaczego by nie). Takich jak na przyklad pewien profesor dendrologi z pewnego podpoznanskiego miasteczka. To ten, ktory wystapil we wstrzasajacym filmie. Bardziej przerazajacych niz rozne wizje scenarzystow, rezyserow i innych specjalistow od jerzenia wlosow na glowie i wywolywania gesiej skorki (takich jak np urzad skarbowy czy kolejna mineriada) razem wzietych. Przynajmniej tak dziala na srednio wyspecjalizowanych racjonalistow. Ci o wiekszym stopniu specjalizacji pewnie mdleja. Po takich wrazeniach nie mozna w nocy zasnac, albo ma sie koszmary. Czlowiek zaczyna nerwowo kartkowac dziela Tylora, Morgana, Spencera, Darwina, a nawet Marksa szukajac ulgi dla skolatanych nerwow. Wkoncu nastaje ukojenie. Przeciez najpierw musieliby udowodnic istnienie przyczyny. Wiec jest 0:0. Zwycieski remis ewolucjonistow. Zostawmy ten i podobne spory. Oczywiscie film polecam z zastrzezeniem ze dla ludzi o mocnych nerwach. Wrocmy do prac nad lodowka. Nie zrobilem dzis nic. I nie bede sie usprawiedliwial praca do zwyciestwa. Nie stworze tez pseudopsychologicznej zaslony pod tytulem: korzystny wpływ odpoczynku na dalsza prace tworcza. Poprostu nie zrobie nic. Nie chce mi sie. Tak jak wielu Polakom. Poprostu nic nam sie nie chce niech ktos to zrobi za nas. Oczywiscie za wyjatkiem bezsensownego rozlewu krwi w imie odzyskania niepodleglosci, badz zdobycia kolejnych przywilejow. Wtedy to nam sie zawsze chce.

Autor piszac slowa o przyczynie mial nadzieje ze wywolaja one podobne dzialania jak ksiazki i filmy o mlodocianym czarowniku lub bardzo popularna ksiazka amerykanskiego pisarza na podstawie, ktorej stworzono film. Sprostowanie: oczywiscie chodzi o popularnosc, slawe i pieniadze.
19:01, stara_lodowka
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 17 lipca 2006
Szósty dzien remontu ...
Powrot do pracy po dwóch wolnych dniach. Poniedzialek byl bardzo pracowitym dniem. Okazalo sie ze wszystkiego zaczyna brakowac. Jednak znalazla sie chwila dla lodowki. Nie uwierzycie zabralem sie za wstepny montaz klamki. Poszlo gladko. Wystarczylo przykrecic tylko dwie srubki. Okazalo sie ze reszta czesci musi byc chyba od czegos innego (ciekawe od czego?) Przynajmniej mam taka nadzieje. To co ustalilem ze jest klamka rozebralem na czynniki i ladnie popakowalem. Oczywiscie nic nie moze byc takie proste. Podobno tak powinno byc. Cierpienie uszlachetnia, droga do zbawienia jest dluga i kreta a klamstwo ma krotkie nogi. Zgubilem sprezynke. Szukalem ja godzine chodzac na kolanach po calym magazynie i znalazlem w jednej z kilkunastu kieszeni w magazynierskich spodniach. Sam nie wiem po co wszywa sie w to ubranie az tyle kieszeni skoro i tak nic sie do nich nie miesci. Pol przerwy zajmuje  mi znalezienie w nich papierosow a drugie pol zapalek. Klamke oczyscilem i zabralem sie za szlifowanie. Chyba nie przytocze tu jakze ciekawego opisu tej czynnosci. Choc natchniony moglbym wzorowac sie na opisach przyrody z "Nad Niemnem" lub wplesc w tekst kilka homeryckich porownan. Skoro mozna ciekawie opisac tarcze to dlaczegoby nie moznaby rownie interesujaco opisac szlifowania. Moglbym jeszcze przepelniony poetyckoscia tego serwisu sklecic na predce jakis limeryk a moze nawet sonet. Ale tego nie zrobie. Zostawie cos dla wyobrazni czytelnikow.
Odwiedzilem sasiednia lakiernie. Chcialem sie dowiedziec ile bede musial wydac zeby przyworcic lodowce dawny blask. Bylo wesolo. Szczegolna radosc okazywali panowie w warsztacie mi jakos nastroj sie nie udzielil. Jednak otrzymalem zapewnienie ze polakieruja wszystko ... byleby bylo z blachy. Ich oferta nie rzucila mnie na kolana. 200 zl. Nie znam sie na lakierowaniu jednak wydaje mi sie ze mozna to zrobic taniej. Tylko tu rodzi sie konsumpcyjny dylemat czy moze byc tanio i dobrze. Sprawdze jeszcze kilka ofert. I to tyle na dzis. Reszta to szlifowanie ...

19:00, stara_lodowka
Link Dodaj komentarz »
sobota, 15 lipca 2006
Jak to sie stalo ... ciag dalszy dalszego ciagu
Skonczylem opowiesc z cyklu "jak to sie stalo" w chwili gdy stanalem przed duzym problemem pod tytulem: jak przekonac prezesa do wspolnego wyjazdu.

Powinienem wymyslic jakas przkonywujaca historie. Choc pierwsza mysl byla taka aby mu powiedziec prawde. Drogi panie prezesie slyszalem ze jedzie pan na delegacje na Dolny Slask. Jaki to dziwny zbieg okolicznosci. Pan prezes moze nie uwierzy ale wlasnie kupilem stara lodowke i znajduje sie wlasnie w tym miejscu do ktorego pan sie wybiera. Czy korzystajac z dogodnej okazji moglbym pojechac z panem na delegacje gdzie przy okazji zalatwianych spraw sluzbowych zabralibysmy rzeczona lodowke. Aha. Na pewno mu tak powiem a on oczywiscie swietnie zrozumie moj problem i powie ze to nie jest zadem problem. Moge jechac i nawet nie musze brac dnia urlopu. Ja na jego miejscu tak bym zrobil. Jednak nasz chlebodawca, rekin biznesu jest raczej czlowiekiem z natury pragmatycznym i racjonalnym. Moje blagania i placze raczej na nic sie nie zdadza. A po takiej historii gotow wyslac mnie na ponowne badania do osrodka zdrowia zeby sprawdzic czy na pewno wszystko ze mna w porzadku. Z drugiej strony moze i by sie udalo. W koncu ostatnio modne jest zatrudnianie ludzi uposledzonych umyslowo. Na pewno poprawiloby to wizerunek firmy jako przyjaznej inwalidom. Moznaby na papierze firmowym wydrukowac sobie jakies gornolotne haslo lub numer certyfikatu otrzymanego od jakiegos prestizowego urzedu do tychze spraw. Malo prawdopodobne. Trzeba przekonac go innym sposobem. Moze jakis podstep. Przedstawic mu cala sprawe tak zeby zobaczyl w niej jakas wlasna korzysc i takim sposobem sklonic go do wspolengo wyjazdu. To raczej niewykonalne. Bystry umysl chlebodawcy jest w stanie przeniknac cale to zamieszanie jakie panuje w naszym miejscu pracy to czymze dla niego bedzie wykrycie podstepu tak niskiego lotu. On zapewne tez czytal te wszystkie "parapsychologiczne" poradniki dla zarzadcow. Te z cyklu: "Jak zdobyc caly swiat w weekend" lub "Jak przekonac pracodawce zeby dal ci podwyzke" czy inny "Pracownicy sa z Jowisza a pracodawcy z Neptuna". Kazdy wie o co chodzi, prawie kazdy czytal te "harlequiny" zarzadzania. Szantaz lub argumenty silowe nie wchodza w gre. Oczywiscie z gleboko zakorzenionego wewnatrz mnie wstretu do takich metod a nie ze strachu przed utrata ulubionego miejsca pracy. Jest jeden sposob. Blyskotliwy i na granicy podstepu. Wszak juz wiele razy pisalem ze rodzina to podstawa. Wystarczy odwolac sie do prezesowskich uczuc rodzinnych.

Autor przeprasza jezeli jakakolwiek osoba poczula sie urazona niewybrednym komentarzem dotyczacym akcji promocji zatrudnienia osob niepelnosprawnych. Zapewnia zarazem ze popiera takie dzialania calym sercem oraz ze jest nawet gotow odstapic swoje miejsce pracy.
18:05, stara_lodowka
Link Dodaj komentarz »
Piaty dzien remontu ...
Sobota. Dzien wolny od pracy. Spie, potem udaje ze spie. Sam nabieram sie na to i znowu zasypiam. Jest 12. Trzeba wstac. Przeciagam sie i widze pozdrawiajace gesty sasiadow z bloku na przeciwko. Remontuja balkon. A ja oczywiscie zapomnialem zaslonic okien. Zjadam sniadanie i zabieram sie za szlifowanie. Przerywam. Nachodzi mnie pewna mysl: jak zrobie wszystko przez wolne dni to co ja bede robil w pracy?

Jak wolne to wolne. Do poniedzialku. 
15:41, stara_lodowka
Link Komentarze (1) »
Czwarty dzien remontu ...
Czwarty dzien remontu czyli piatek 14 lipca.

Ostatni dzien tygodnia pracy. Od 12 zaczyna byc kompletnie nudny. Wszystko co bylo do zrobienia jest zrobione. Siedzimy i czekamy na spedytorow i kurierow, ktorzy jak zawsze "utkneli gdzies w korkach" i beda za piec minut. Tak mijaja kolejne godziny. Jest czas na zajecie sie lodowka. Szlifowanie - czyli usuwamy rdze z ozdobnych elementow zamontowanych niegdys na drzwiach lodowki. Klamka sie nie zajmujemy bo ciagle nie mamy pomyslu jak ja zlozyc. Szlifowanie jest bardzo rozwijajaca manualnie czynnoscia. Bierzemy kawalek papieru sciernego i pocieramy zardzewialy element, usuwajac kolejne powloki galwaniczne. Najpierw rdza. Tak mija pierwsza godzina. Spedytorzy oczywiscie beda za "piec minut". Rdza juz prawie usunieta. Druga godzina. Spedytorzy juz za chwilke beda. Na szlifowanym elemencie pojawia sie juz blyskajaca, miedziana powloka, ozdobiona licznymi czarnymi kropeczkami. Wyglada ciekawie, jednak nas to nie cieszy bo my wyczytalismy, ze te plamki to rdza, ktora zaglebila sie w powloke galwaniczna. Trzeba ja usunac. Mija "chwilka". Spedytorzy przestali odbierac telefony. Zostala jeszcze godzinka do konca. Czyzby znowu szykowaly sie nadgodziny. Potem mowia ze jestesmy pracocholikiem. A takowi maja podobno problemy z wydajnocia. Czyzby trzeba sie bylo przygotowac na obciecie premii. Oczywiscie nie jest to duze zmartwienie. Nie pierwszy raz obcinaja nam premie. Szlifujemy. Powoli znika miedziana powloka. Wybila 16. Teoretycznie koniec pracy. Przesylki jeszcze nie wyslane. Spedytorzy nie daja znaku zycia. Moze juz skonczyli prace. Jak zwykle zapomnialo im sie, ze gdzies tam jest taki maly zagubiony magazyn. Nic to - szlifujemy. Czytamy gazete (oczywiscie szlifujac) wkoncu juz jest po pracy, wolno nam. Zaczynamy sie zbierac. Szlifujemy. Do magazynu wpada kurier patrzac sie ze zdziwieniem na nasze rece. Przeciez szlifujem. Co w tym dziwnego. Zabiera paczki, zostawia listy przewozowe. Zyczymy sobie milego popoludnia. A my szlifujemy. Zamykamy magazyn. Do tego trzeba dwoch rak wiec przestajemy szlifowac. Zdajemy klucze. Nie szlifujemy zeby nie pobrudzic wykladziny. I tak juz nam kaza zmieniac obuwie bo na nieslismy na dywan. Skonczylo sie to tak ze nie chce nam sie zmieniac butow za kazdym razem wiec biegamy po biurach w skarpetkach. Ale zostawmy osobliwe firmowe obyczaje wrocmy do szlifowania. Czekamy na przystanku i szlifujemy. Ludzie sie dziwnie patrza wiec przestajemy. Ogladamy polyskujaca powierzchnie stali. Ladnie blyszczy sie w sloneczku. Chyba zaczynamy rozumiec Goluma. To wkoncu nasz skarb. Jedziemy autobusem. Szlifujemy. Mozemy bo wszyscy sa zajeci soba. Przystanek docelowy. Chowamy nasze skarby. Idziemy do domu. Gotujemy. Krotki przepis na leczo. Otwieramy zamrazalnik. Wyciagamy mroznonke o nazwie leczo. Wrzucamy do garnka z odrobina wody. Stawiamy na duzy ogien. Oczywiscie stosunek lodu do warzyw jest zbyt duzy wiec uzupelniamy leczo losowo wybrana mrozonka. Padlo na tradycyjna salatke wazywna. Uf dobrze ze nie na barszcz ukrainski. W miedzyczasie kroimy wyroby miesopodobne z lodowki. Smarzymy na patelni z kwitnaca cebulka. Zastanwiamy sie czy nie przeniesc kwiatow do lodowki. Ma ona bardzo ciwkawa wlasciwosc - wszystko w niej szybko kwitnie. Tak mocno przysmarzone (dla bezbieczenstwa) miesko wrzucamy do mieszanki warzywnej i gotujemy juz na mniejszym ogniu. Dodajemy duzo slodkiej papryki dla zageszczenia sosu. Troche pirzprzu czarnego i cayen. Majeranek i lisc laurowy. Czekamy az plyn sie zredukuje i wychodzi nam przepiekny gulasz. Mialo byc leczo. Coz nie wszystko w zyciu sie udaje. Oczywiscie w miedzyczasie wpisujemy krotka notke i umieszczamy ja w blogu. Jemy i wracamy do szlifowania. Czytamy gazete i sluchamy radia i oczywiscie szlifujemy. Jedziemy samochodem i szlifujemy. Oczywiscie to nie my prowadzimy. Siedzimy na piwie i szlifujemy. Gadamy ze znajomymi i szlifujemy. Znajomi sie obrazaja wiec siedzimy sami i szlifujemy. Konczymy piwo i wracajac szlifujemy. Juz w domu robimy zdjecia naszym skarbom umieszczamy je w a moze na blogu. Idziemy na balkonowego papieroska i szlifujemy. Kladziemy sie spac i ... nie nie, juz nie szlifujemy. Co za marnotrastwo czasu.

Ponizej przedstawiam efekt calodniowej pracy.


15:20, stara_lodowka
Link Dodaj komentarz »
piątek, 14 lipca 2006
Jak wyglada lodowka ...
Aktualne zdjecie lodowki. Czyli obraz nedzy i rozpaczy. Przynajmniej narazie tak wyglada.



Ponizej fotorelacja z rozwiazania pewnego problemu.



Oto unikatowa, zabytkowa srubka. Jedyna w swoim rodzaju. Jedna z niewielu istniejacych. Stan bardzo dobry. Delikatne uszkodzenie na gwincie spowodowane demontazem. Nie wysylam za granice. Zastrzegam usuniecie tej ofert z powodu duzego zainteresowania oraz negocjaci z ministerstwem kultury pewnego kraju. Kolekcjonerow prosze o kontakt telefoniczny. Cena do negocjacji.


ps. podkladke dodaje za darmo.

Oto tabliczka znamionowa mojej lodowki. Dokladniej chlodni szafkowej model L 1-40 wykonanej przez Wroclawski Zaklady Metalowe w roku 1960.




23:27, stara_lodowka
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2